proza
2 grudzień 2011Próbka literacka. W odcinkach.
Jechałem. Jechałem już chyba z osiem godzin, zresztą nie wiem - straciłem rachubę. Trudno żeby nie stracić. Czy to ja mijałem miejscowości, czy też one mnie, teraz już sam nie wiem. Kiedy się tak długo jedzie zaczyna się tracić orientację, zaczyna się wydawać, że stoimy w miejscu, a kula ziemska przesuwa się pod nami. Kolejne nazwy przelatywały mi przed oczami..Grodzisk Mazowiecki..Milanówek..Podkowa Leśna. Coraz bliżej i bliżej. Gdzieś właśnie w okolicy Grodziska zgubiłem swoich opiekunów, jadących za mną prawie całą drogę. I dobrze. Co ja jestem, dziecko, żeby mnie niańczyć? Sam sobie poradzę, a takim nianiom jak oni to ja serdecznie dziękuję. Jak już ktoś na górze organizuje mi żłobek, to wolałbym żebym sam sobie wybierał opiekunki. I piaskownicę oczywiście. Skoro mogę wybrać klub któremu kibicuję, to czemu nie to? Ale nic, póki co nadal jechałem. Ściemniało się, robiło się coraz tłoczniej, ludzie wracali ze swoich równie tłocznych biur, przypominali sobie o swoich dzieciach, i dalej tłocząc się jechali po nie, a potem wysłuchiwali, jak to dzisiaj w żłobku był teatrzyk i inne takie. Dlatego wolę jeździć sam. Nawet radio wyłączyłem. Klub malucha nadciągał..cdn..







